Ałła Borisowna Pugaczowa (ros. Алла Борисовна Пугачёва) to rosyjska wokalistka, kompozytorka, aktorka i reżyser. Sława A. Pugaczowej osiągnęła swój pik w latach 80-tych, do dzisiaj jest jednak najpopularniejszą rosyjską piosenkarką. Wciąż nagrywa nowe piosenki. Repertuar A. Pugaczowej liczy około 400 pozycji. Bez wątpienia to fenomen nie tylko rosyjskiego piosenkarstwa. Przez samych Rosjan zwana jest primadonną.
Jeszcze w 1978 r. A. Pugaczowa wystąpiła na konkursie Interwizji w Sopocie z nieco kabaretową piosenką Wsio mogut koroli. Wagę festiwalu można było w tym czasie przyrównać do Eurowizji bloku wschodniego. Początki wielkiej kariery A. Pugaczowej nie zawsze były proste:
Pamiętam bardzo dokładnie, jak w 1978 r. leciałam na festiwal w Sopocie z piosenką Wsio Mogut Koroli i spóźniłam się na samolot. W kolejnym nie było już miejsc, ale polscy piloci ulitowali się nade mną i wzięli do swojej kabiny. Wysiadłam na lotnisku, a tam nikogo. Podbiegają taksówkarze, a ja - wielka gwiazda - nie mam pieniędzy, tylko wódkę i szampana w torbie. Tak się u nas wtedy jeździło - organizowali ci wyjazd, koncerty, a na przeżycie dostawało się jakieś głodowe kieszonkowe, które ledwie starczało na coś do jedzenia. Idę więc do bagażowych i mówię: Jestem piosenkarką z Rosji. Jadę do Sopotu, wymyślcie coś, pomóżcie. A oni, że proszę bardzo, tylko muszę się z nimi napić. Wypiliśmy. Powiedziałam, że mam jeszcze szampana. A oni, że szampana wypijemy w drodze powrotnej, jak już będę wracać z nagrodą. I ci bagażowi znaleźli organizatorów, załatwili mi transport, zapłacili za taksówkę. Co to byli za ludzie! W Sopocie zaśpiewałam Wsio Mogut Koroli i wygrałam! W drodze powrotnej oczywiście rozpiliśmy szampana z moimi znajomymi z lotniska.
Piosenka Królowie mogą wszystko pokonała inne utwory konkursowe nie tylko dzięki swej energiczności; towarzyszącej jej oprawie kabaretowej, o jaki zatroszczyła się A. Pugaczowa; ale też wyrazistej osobowości Rosjanki. A. Pugaczowa zakończyła wystąpienie zamaszystym ukłonem w szerokiej sukni-pelerynie i oryginalnym gestem, w którym uniosła rękę w taki sposób, iż widzom wydawało się przez chwilę, że to sama wokalistka ma na głowie złotą koronę. A była to tylko dłoń wokalistki.
A. Pugaczowa za czasów Związku Radzieckiego w przeciwieństwie do wielu innych wykonawców bloku wschodniego w ogóle nie śpiewała piosenek socjalistycznych, tematyka polityczna była jej zresztą zawsze obca. Zapytana o warunki pracy przed 1991 r. i ewentualne kary za niepoddawanie się woli władz radzieckich, A. Pugaczowa odpowiada:
Czym mogli mnie wówczas ukarać? Zawsze mówiłam: usuniecie mnie z estrady, będę książki pisać. Zakażecie książek - będę rysować, zabronicie i tego - coś wymyślę, ale będę żyć tak jak ja sama zechcę.
(...)
Gdy zobaczyłam, że już na dobre chcą mnie usunąć z estrady, zdecydowałam, że to ja sama wcześniej z nią skończę, ale z takim skandalem, żeby aż wszystkim się gorąco zrobiło. Uszyłam sobie suknię - bardzo skromną, z guzikami z przodzu. Chciałam wyjść w niej na scenę w Dzień Milicji. Pomyślałam - zaśpiewam, a potem jak nie rozepnę wszystkich guzików, a tam samo bikini. Wszystko na żywo w telewizji. Co oni potem ze mną zrobią, nieważne.
(...)
Ale triumfalnego odejścia nie było... Bóg mnie uratował. Mnie uratował, ale kogo innego już nie. Umarł Breżniew i koncert na Dzień Milicji odwołali. A tak weszłabym w annały historii!
Nieraz A. Pugaczowa odnosiła się także do samej Polski i polskiej muzyki. Wiadomo, że najbardziej ceni twórczość Czesława Niemena oraz Ewy Demarczyk. A z muzyki poważnej niezwykle lubi wykonywać nokturn dis-moll Fryderyka Chopina (A. Pugaczowa jest profesjonalną pianistką). W 2009 r. A. Pugaczowa przyjedzie do Polski. Oprócz dania koncertu, chce także zobaczyć miejsca, które widziała jeszcze jako gwiazda Związku Radzieckiego.
Poniższa piosenka to jeden z największych hitów A. Pugaczowej. Pochodzi ona z filmu Żenszczina, kotoraja pojot. Ostatnio skandal wywołało bezprawne wykorzystanie przez amerykańskiego rapera 50 Centa fragmentu muzyki A. Pugaczowej. W jego piosence Piggy Bank motywy z kompozycji A. Pugaczowej powtarzają się kilkukrotnie. Tymczasem imię rosyjskiej piosenkarki nie pojawia się w żadnej adnotacji 50 Centa. Prawdopodobnie, raper usłyszał piosenkę podczas swoich ostatnich występów w Moskwie (np. na gali rosyjskiej Muz-TV, w której uczestniczyła też A. Pugaczowa). Póki co, A. Pugaczowa ani razu nie odniosła się do komercyjnego wykorzystania jej piosenki przez 50 Centa, chociaż media sugerowały jej wkroczenie na drogę sądową. 90. Sonet Szekspira utrzymywał się 13 miesięcy na samym szczycie krajowej listy przebojów. To niejedyny utwór A. Pugaczowej, który bazuje na tekstach W. Szekspira. Piosenkarka występowała w filmie Lubowju za lubow' (1983, Mosfilm), który był oparty na sztukach W. Szekspira.
Ałła Pugaczowa - Sonet Szekspira (ros. Сонет Шекспира), słowa: W. Szekspir; muzyka: A. Pugaczowa, 1978.
Poniżej - piosenka, która należy już teraz do klasyki rosyjskiej muzyki popularnej. Według badań opinii społecznej, właśnie ta piosenka jest dla 26% Rosjan najbardziej ulubioną kompozycją A. Pugaczowej. Natomiast sama wokalistka przyznaje, że niezbyt lubi tę piosenkę. Najbardziej podobają jej się z jej repertuaru inne, mniej znane utwory - tj. Lestnica i Koroliewa. Mimo tego, to właśnie Million ałych roz rozbrzmiewa w rosyjskim radio na 15 kwietnia, gdy wokalistka obchodzi swoje urodziny. Skądinąd dzień ma charakter wręcz państwowego święta. Od 12 do 18 kwietnia w rosyjskich telekanałach jest co dzień co najmniej kilka programów telewizyjnych związnych tematycznie z A. Pugaczową. A. Pugaczowa dostaje wówczas swój milion róż. Choć A. Pugaczowa przyznaje, że jej ulubionymi kwiatami są raczej śnieżyczki i fiołki... A same kwiaty nie purpurowe - a żółte. Co więcej - w dniu 15 kwietnia odwiedzają ją często politycy całej sceny politycznej - od Borisa Niemcowa po Władimira Żyrinowskiego. Ten drugi zaszokował niegdyś wszystkich, gdy w efirze telewizyjnym powiedział: Wszyscy wielcy ludzie urodzili się w kwietniu - Szekspir, Pugaczowa, Lenin i Żyrinowskij.
Wokalistka przyznaje też, że obchodzi również inne osobiste święto. To pierwsza niedziela wiosny. A. Pugaczowa zaprasza wówczas wszystkich bliskich; przynoszą oni ze sobą dziesiątki żółtych kwiatów. Później razem rozdają te bukiety wszystkim przechodniom na ulicach, którzy wydają się być smutni, przygnębieni.
Ałła Pugaczowa - Milion purpurowych róż (ros. Миллион алых роз), słowa: A. Wozniesienskij; muzyka: R. Pauls, 1983.
A. Pugaczowa wystąpiła już w kilkunastu muzycznych filmach. Zawsze w roli głównej. Najnowszymi filmami z jej uczestnictwem są obrazy filmowe Za dwumia zajcami (2002) oraz Koroliestwo kriwych zierkał (2007). Bez wątpienia jednak największą sławę przyniósł jej film Żenszczina, kotoraja pojot (wspomniany już na stronie). Poniższa piosenka pochodzi z jednego z filmów, którego bohaterką stała się sama A. Pugaczowa. Pokazuje on etapy twórczości wokalistki. Film zatytułowany Priszła i goworiu (1985, Mosfilm) został uznany najlepszym filmem 1986 r. według czytelników Komsomołki. Film z początku nosił roboczy tytuł Ałła, składa się z 15 kompozycji muzycznych, w tym utworu Iwan Iwanycz - bez wątpienia jednej z najbardziej sowieckich piosenek A. Pugaczowej. Piosenkę wykonuje wówczas 30-letnia wokalistka. Uwaga: niska jakość obrazu.
Ałła Pugaczowa: Iwan Iwanycz (ros. Иван Иваныч); słowa: I. Rieznik; muzyka: A. Pugaczowa, 1985.
Poniżej prezentujemy wywiad oraz zdjęcia z ekskluzywnej fotosesji pierwszej gwiazdy rosyjskiej estrady. Wywiad ukazał się 14 lipca 2008 r. (przeddzień urodzin piosenkarki) w rosyjskim wydaniu czasopisma HELLO! Był to nie tylko temat okładki, ale i roku dla periodyku, ponieważ A. Pugaczowa wyjątkowo rzadko udziela tak wyczerpujących wywiadów. Opracowanie wywiadu: Nina Susłowicz, fotografie: Wład Łoktiew.
Sesje zdjęciowe to dla mnie prawdziwa męka! Najśmieszniejsze, że sama nie umiem ich robić, a nie wiedzieć czemu wszyscy są przekonani, że umiem i co najważniejsze lubię je. Moja ostatnia sesja zdjęciowa była 10 lat temu w pierwszym rosyjskim Vogue, tam wszyscy aż szlochali od mego grymaszenia. - z takimi słowami Ałła Borisowna wchodzi do luksusowego hotelu Ritz-Carlton. Sławny głos z tak charakterystycznymi szemrowymi alikwotami prędko zapełnia cały pokój, a nasi fotografowie jakoś mimowolnie przechodzą na półszept. Dwugodzinne oczekiwanie wreszcie się skończyło - A. Pugaczowa jest już gotowa na sesję. Jej czerwony płaszcz nawet nie daje znać, ale wręcz głośno ogłasza o królewskim statusie jego właścicielki. Za kilka minut przezroczysty sześcian windy uniesie nas na dach hotelu - latem znajduje się tu restauracja ze zdumiewającym widokiem na Kreml, a teraz wśród pustki są tylko bryzgi wiosennego deszczu. A. Pugaczowa kieruje się tam, potem obraca się do kamery i podrywa rękę do góry. Plisy jej płaszcza napełnia wiatr, czerwona tkanina powiewa niczym całun, błyskawicznie dach hotelu staje się sceną, kremlowskie wieże i miasto na dole - dekoracją, a zasłona deszczu - kurtyną, my jesteśmy widzami.
Za trzy godziny w ogromnej sypialni równie ogromnego hotelu, będącego w czasie sesji kostiumernią, charakteryzatornią i miejscem odpoczynku, A. Pugaczowa usiądzie przy stoliku, aby wypić filiżankę kawy, a wreszcie - zapalić pierwszego tego wieczora papierosa. I właśnie to drugie dostarcza jej wyraźnej rozkoszy. Chyba już czas rozpocząć rozmowę.
- Cechuje Panią pewna wyjątkowa cecha. Wydaje się wiedzieć o Pani wszystko, a jednocześnie nic. To taka stylizacja?
- Żadna stylizacja. Po prostu tak żyję. Kiedy wymyślają coś o mnie w mediach, sama niczego nie dementuję, uśmiecham się - dobrze, nawet bardziej interesująco niż w życiu. Jeśli wymyślają coś okropnego, przypinam to wręcz jak kwiatek do sukni. Co może być nudniejszego od nieskazitelnej reputacji? Jeśli będę mówić prawdę będzie to nudne. To praca, rodzina, obowiązki, twórczość, krew, pot, łzy... Komu to potrzebne? Chociaż w mym życiu i bez tych wszystkich bajek było niesamowicie dużo interesującego. Zapewne można i o tym powiedzieć... kiedyś. Nastąpi taki moment. A jeśli nawet nie, to też nic złego.
- Pani sława, władza, autorytet są tak absolutne jak bezsporne. Na początku swej drogi życiowej marzyła Pani o czymś podobnym?
- O tym co się wydarzyło nawet marzyć nie mogłam! Zawsze coś sobie wyobrażałam, ale nie do takiego stopnia. Nie do tego stopnia! I kiedy to wszystko się już zaczęło, to każdy następny dzień wydawał mi się być tym ostatnim. Tak więc nawet nacieszyć się sławą do dziś nie zdążyłam.
- Czyżby to uczucie, iż wszystko jutro się skończy nigdy Panią nie opuszczało?
- Nigdy. Dlatego też na swe solowe koncerty zawsze wychodziłam jakby w ostatni raz. Może właśnie dlatego widzowie dostawali na nich całą mnie - do kropli. Prawda, z czasem zaczęłam czuć się coraz gorzej z takim przeświadczeniem. Powiem: Jak w ostatni raz, a czuję: tragedia się zaczęła! Ach! (śmieje się) Z wiekiem zmieniłam to hasło. Teraz mówię: Jak w pierwszy raz!
- Jakie z obecnych zajęć podoba się Pani najbardziej? Czym chciałaby się Pani zajmować?
- Radio bardzo mi się podoba! (Radio Ałła zaczęło nadawać w 2007 r. - red.) Dzięki niemu wynagradzam sobie teraz to, co w pewnej mierze w życiu swym przeoczyłam - kontakty z przyjaciółmi, interesującymi ludźmi. Co jeszcze? Chciałabym zagrać rolę w filmie... W prawdziwym kinie.
- I zagrać na przykład Katarzynę Wielką.
- Dlaczego mi wszyscy cały czas o Katarzynie Wielkiej mówią?!
- Kto mówi?
- Wszyscy! Historycy mówią, że jestem do niej podobna, jasnowidze - że w przeszłym życiu nią byłam. Nigdy nie przywiązywałam do tego wagi, ale kiedy raz pojawiłam się w apartamentach Katarzyny w Petersburgu, to...
- ... poczuła Pani, jakby była tam już wcześniej?
- Po prostu zobaczyłam, że jej styl, gust są takie moje! Wnętrza, nawet tapety - wszystko było takie, jakie lubię. Ale już Elżbieta nie. Wspaniałość, okropny luksus - kompletnie nie według mych upodobań. Ale ogólnie to jakaś głupota (śmieje się), chociaż ja też rządziłam. I rządze. Na scenie.
- Ale nie jest sekretem, że niedolą tych, co rządzą jest samotność.
- Ależ oczywiście.
- To cecha władzy czy zapłata za nią?
- Nie. To jej nieodzowna cecha. Przecież mowa o wewnętrznej samotności. O uczuciu, że nikt mnie do końca nie zna. Nie rozumie. Przeświadczenie, iż więcej robię dla innych niż oni dla mnie. Wewnętrzne i zewnętrzne odosobnienie. Oto te cechy.
- A jak sukces wpłynął na Pani charakter, zmienił on Panią?
- Tak naprawdę jestem całkiem skrytym i zamkniętym człowiekiem. Nawet na fotografiach z dzieciństwa nigdy nie się uśmiechałam, zawsze gdzieś na stronie, w kącie. Tak samo w życiu - chciałam się gdzieś skryć, aby nikt mnie nie ruszał. Scena mnie uwolniła - przecież musiałam na niej obcować z tłumami. Wraz z sukcesem przyszło to wyzwolenie.
- Krąg Pani przyjaciół zwęził się z czasem?
- Życie samo pokazało, kto jest przyjacielem. Długo żyję, od dawna śpiewam, u początków mej kariery wokół mnie były masy ludzi, których uważałam za swych przyjaciół. Ale jeden kamyk z góry upadł - i gdzieś się rozbiegli.
- Co to za kamyk?
- Tak... była historia. Pieniędzy nie było, sytuacja bankructwa, zabawy się skończyły i wszyscy się raptem rozpłynęli, zostali tylko niektórzy, którzy lubili mnie nie za bogactwo, hojność, mą gwiazdę. Po prostu lubili. Bardzo cenię takich ludzi.
- Są oni dziś razem z Panią?
- Są ze mną. A ja z nimi. (uśmiecha się bardzo czule)
- A jak spędza Pani dzień, kiedy nie ma żadnych szczególnych obowiązków? Kiedy jest Pani w domu.
- Uwielbiam swe mieszkanie. To takie gniazdo, tylko moje, myślę że i Katarzynie Wielkiej spodobałoby się! Mieszkanie samo po sobie nieduże, ale tak wygodne, gdzie nie spojrzę, to mnie sobą cieszy. A co robię... To rzeczywiście pytanie. Nie ma dnia, żebym czegoś nie robiła. Nawet jeśli na sofie oglądam telewizję, to jeszcze nie znaczy, że coś tam widzę. Ja nawet męczę się tym, że w głowie cały czas idzie praca. Jedna myśl odejdzie, pojawi się druga. Wewnętrzny głos szepcze: Uspokuj się już! Wystarczy! Oglądaj telewizję. Oglądam. Na jednym kanale gliny, na drugim kogoś zabijają. Wyłączam i idę. Do przyjaciół albo do kasyna. Co prawda, nie tyle pograć, co porozmawiać. Tam złożyła się już spora grupka ludzi - znanych, radosnych, interesujących. A gram nieobowiązkowo, na to żadnych pieniędzy nie starczy. Lubię jeszcze pojechać na daczę, do bani (rosyjską łaźnię - red.), pospacerować. Wezmę swojego psa i naprzód - po polach, lasach. (po przerwie) Kocham życie. Ach jak kocham!
- We wszystkich jej dziedzinach?
- Wszystkich.
- Także gdy zmusza cierpieć?
- Wtedy nie lubię! (śmieje się) Ale co będzie ze mną jest mi prawdę mówiąc wszystko jedno. Najważniejsze, żeby u moich bliskich wszystko było dobrze. U córki, wnuków. To moje szczęście.
- Jaką jest pani mamą, babcią?
- Jaką? Tylko zadzwonią do mnie - już biegnę do nich. Albo sama wpadnę dowiedzieć się, jak u nich. Jesteśmy szczęśliwi, spokojni, ponieważ jesteśmy ze sobą. To najważniejsze.
- Nikita ma teraz nieprosty wiek.
- Tak, ma swoje życie, swoją drogę. Ile by nie proponować dzieciom uczyć się na naszych błędach, wszystko to jest bez najmniejszego sensu. Kristinę także nieraz zatrzymywałam. Wracała do domu, zmęczona, zdenerwowana. Dzwoni: Porozmawiaj choć ty z nim! Jadę porozmawiać. Mimo wszystko ogólnie jest wszystko w porządku u niego. Pierwsza samodzielna praca, główna rola w filmie Grigorija Konstanopolskiego (W gostiach u $kazki - red.) Co on tam robił? Ani ja, ani matka tego nie wiemy. Ja też mało wiedziałam, gdy Kristina była na planie filmu Czuczela. Jeśli rodzice wtrącają się w pierwsze samodzielne prace, to nie jest to już praca tylko jednej osoby. Nikita musiał poczuć odpowiedzialność. I odczuł ją. Natomiast okropnie było jemu wstyd, gdy w mediach powiedzieli, że to babcia ingerowała w zdjęcia i w dodatku mało co nie zmieniła zakończenia filmu. On wtedy tak przeżywał: Ach, Ałła, zobacz co oni wypisują!
- Od czego chciałaby Pani wystrzec wnuków?
- Od ubóstwa, niezadowolenia życiem. Nikicie piszę teraz coś w rodzaju przykazań, pięknie całość wydrukuję i podaruję na urodziny. To rzeczy całkiem elementarne, na przykład: postępuj z każdym tak, jak chciałbyś, aby postępowali z tobą. Bardzo prosto powiedzieć, ale trudniej zrobić aby doszło wprost do serca. Niech przeczyta to jak najwcześniej.
- Proszę powiedzieć, co dla Pani jest ważniejsze - czy aby Pani lubiła, czy aby Panią lubili?
- Życie pokazało, że najważniejsze jest, abym to ja lubiła, kochała. Jeśli już kogoś pokocham, to nikt nie odrzuci tych uczuć. Niekiedy kochałam i nawet nie mogłam sobie wyobrazić, aby drugi człowiek nie będzie mógł być ze mną na dłużej, ale cieszyłam się każdym dniem tej miłości. Oczywiście jak każda kobieta chciałam wyjść za mąż raz na całe życie, ale... taki już jest los. Za to moja Kristina długo, długo szukała i wreszcie znalazła.
- Rozczarowania Pani nie zniechęcają?
- Lepsze są rozczarowania w miłości niż jej brak. Taka jest moja zasada.
- Na początku naszej rozmowy powiedziała Pani, że nie lubi Pani cierpieć. A jaka może być miłość bez cierpienia?
- U mnie w miłości nie było cierpienia. Było przeżywanie. Z tym że więcej ja zazwyczaj przeżywałam za innych niż za siebie. Nieraz się rozstawałam. Rozumiałam, że z danym człowiekiem przyszedł czas na rozstanie. Ludzie, których kochałam, byli dla mnie jak szczeble dla rakiety - idę w górę, a one stopniowo uciekają...
- A teraz już stopnie nie są potrzebne? Pani pewnie teraz jest na orbicie.
- Już na Marsie! Razem z Żanką Aguzarową! (rosyjską piosenkarką, która mówiła o kontaktach z Marsjanami - red.)
- Czy ma Pani jakikolwiek żal o sprawy, które nie spełniły się? Nie tylko w aspekcie uczuć.
- Przeszłości nie rozpamiętuję. Oczywiście, kiedy spotykamy się z przyjaciółmi, z Rieznikiem, Bołdinem, to wspominamy o przeszłości, ale tylko o tych najśmieszniejszych i najważniejszych historiach. Wspominamy, jacy byliśmy, ale zdajemy sobie sprawę, że nadal tacy jesteśmy. A tak w ogóle, to żyję teraźniejszością, myśląc o przyszłości. Wokół mnie jest bardzo dużo młodych, utalentowanych, wspaniałych ludzi. To cieszy.
- Ale Pani przywykła czuć się tą jedyną?
- Jaką jedyną? Mam własne miejsce, swój piedestał. A tam wokół jeszcze dużo takich cokołów.
- Mówiąc o sobie powiedziała Pani o piedestale, a odnośnie innych - o cokołach.
- Całkiem przypadkowo! (śmieje się) Wszyscy mają swe piedestały. Pytanie tyczy się czegoś innego - czy ludzie rozumieją, kiedy i skąd przyjdzie zejść i odejść. Spokojnie odnoszę się do takiej perspektywy, ponieważ już nieco ku temu zrobiłam. Nieprzyjemnie będzie temu, kto przypadkowo wszedł i oto przyszedł już czas na zwolnienie miejsca.
- Co mnie w ostatnim czasie wszyscy o związki z władzą pytają? Na NTW robili program i również pytali o czasy radzieckie.
- Pewnie wszystkich interesuje to, jak Pani, jako jedna z nielicznych była całkiem wolna w całkiem niewolnym państwie. To był taki protest?
- Żadnego protestu nie było. Wszystko było prostsze - scena była dla mnie lekarstwem, w dosłownym tego słowa znaczeniu. Miałam od dzieciństwa pewną fobię - nie wiedzieć czemu dobrze czuję się tylko w jednolitej, jednobarwnej i niezbyt obcisłej odzieży. Tkanina, jej kolor - wszystko to ma znaczenie. Kiedy Wiaczesław Zajcew wymyślił mi ten chałat, po prostu rwałam się na scenę, ponieważ było mi na niej fizycznie lepiej niż w realnym życiu! A co ma się wolności... Repertuar wybierałam, jaki chciałam, śpiewałam jak chciałam. Jest dla mnie zagadką, jaki to był we mnie magnetyzm, że na wszystko mi pozwalali. Niechętnie, ale pozwalali. Oczywiście, wyzywali, narzekali, to krzyżyk na scenie nie schowałam za dekolt, to spódnica za krótka... Swoją drogą elegancka to była spódnica, jeszcze Kristina nią później nosiła.
- Strachu żadnego nie było? Nie bała się Pani, że kiedyś kara może Panią spotkać?
- Czym mogli mnie wówczas ukarać? Zawsze mówiłam: usuniecie mnie z estrady, będę książki pisać. Zakażecie książek - będę rysować, zabronicie i tego - coś wymyślę, ale będę żyć tak jak ja sama zechcę. Z uczuciem tej wewnętrznej wolności. Im to się nie podobało. Był co prawda czas, gdy chcieli się mnie już pozbyć.
- Kiedy konkretnie to było?
- Zaraz Pani usłyszy. Gdy zobaczyłam, że już na dobre chcą mnie usunąć z estrady, zdecydowałam, że to ja sama wcześniej z nią skończę, ale z takim skandalem, żeby aż wszystkim się gorąco zrobiło. Uszyłam sobie suknię - bardzo skromną, z guzikami z przodzu. Chciałam wyjść w niej na scenę w Dzień Milicji. Pomyślałam - zaśpiewam, a potem jak nie rozepnę wszystkich guzików, a tam samo bikini. Wszystko na żywo w telewizji. Co oni potem ze mną zrobią, nieważne.
- Mówiła Pani komuś o swych planach?
- Niektórzy wiedzieli, co chcę zrobić. Zniechęcali mnie, ale swego postanowienia nie zmieniłam. Chciałam skończyć! Pisali w gazetach, że usiadłam na kolana jakiemuś mężczyźnie w pierwszym rzędzie na koncercie, to jeszcze inne kłamstwa. Kłamać tak zaczęli ohydnie. Ale triumfalnego odejścia nie było... Bóg mnie uratował. Mnie uratował, ale kogo innego już nie. Umarł Breżniew i koncert na Dzień Milicji odwołali. A tak weszłabym w annały historii!
- W jednym z wywiadów Pani powiedziała: Talent to wieczny ogień, którego nie da się zgasić...
- Ja tak powiedziałam?
- Przynajmniej tak można przeczytać w Internecie.
- Ha!
- Więc można zgasić talent?
- Talentowi można nie dać się ujawnić, nie dać mu pieniędzy na rozwinięcie swych możliwości. Ale talentu nie można zniszczyć, jeśli tylko jest u człowieka. Najważniejsze jest to, aby iść swoją drogą. Lepiej już nawet żebrać niż kręcić słabe filmy i śpiewać słabe piosenki.
- W latach 70-tych i 80-tych zdobyła Pani publiczność piosenkami - spowiedziami, które obfitowały w świetne teksty i melodie. Priszła i goworiu, Nie otriekajutsia lubia, Kak triewożen etot put'... Ale stopniowo Pani repertuar stawał się inny. Powstały parodie jak Nastojaszczij połkownik i Madam Broszkina...
- To dla mnie przyjemność śpiewać takie piosenki. Jeśli tylko się udają.
- Tak, są śmieszne, prawdziwie aktorskie. Ale dlaczego zaszła ta przemiana? Co się zmieniło? Czas? Pani sama?
- Nie wiem... Coś się na pewno zmieniło. Jestem kobietą, która śpiewa - ja siebie piosenkarką nigdy nie nazywałam - poczułam, że dramaturgia i tragedia nie są dziś potrzebne ludziom. Powiedziałam sobie: pogłupiejmy trochę, zróbmy coś lekkiego, o czym mówią. Nie tylko śpiewać, ale też żyć zaczęłam lżej. W efir, jak w powietrze, wypuszczam ptaki. Niech lecą piosenki - ptaki!
- Czy był w Pani życiu moment, kiedy Pani sama powiedziała sobie, że zrobiła wszystko co mogła?
- Kiedy stworzyłam program Izbrannoje... w jakim to było roku nie pamiętam (w 1998 r. - red.), a potem jego zapis wyszedł na CD i DVD, powiedziałam sobie: Zrobiłaś tak, jak powinna była zrobić właśnie Ałła Pugaczowa. (...) Oczywiście organizuje i dzisiaj solowe koncerty, ale pracuję licho, ludzie tego nie dostrzegają, są zadowoleni, ale sama świetnie rozumiem, że dalej jest już tylko cisza. Jeśli nie znajdę czegoś innego.
- Ale przecież Pani znajdzie?